Katarzyna Szulc: "Dzień niewesoły"

Wtorek, 19 marca 2013 r.

       Kochany pamiętniczku,
nie bardzo wiem, od czego mam dziś zacząć. Szczerze mówiąc zastanawiałam się, czy w ogóle dziś tu pisać. Uznałam jednak, że nie będę uciekać, to nigdy nie popłaca. Poza tym… nie uważam siebie za tchórza. Już jako malutkie dziecko nauczyłam się, że mówić należy o wszystkim. Złe, niemiłe rzeczy są nieraz ważniejsze od tych dobrych i wywołujących uśmiech na naszych twarzach. Zwykle coś wnoszą, a czy nie o to w życiu chodzi, aby stale mieć jakiś świeży punkt odniesienia, coś, co jest ważne? Wrócę może jednak do dzisiejszego dnia.
       Już poranek wydał mi się wyjątkowo nerwowy. Obudziły mnie uparcie wdzierające się do mojego pokoju ostatnie promienie listopadowego słońca. Powoli otworzyłam zmęczone jeszcze oczy. Rozejrzałam się po pokoju. „Przydałoby się tu nieco posprzątać” – stwierdziłam. Jednak myśl ta nie przeszła w czyny. Pomału zsunęłam z siebie kołdrę, jednocześnie czując jak uderza we mnie chłód. Wsunęłam na nogi kapcie i pospiesznie zbiegłam na dół. Rodziców nie było w domu. Zważywszy na godzinę wydało mi się to dziwne, a nawet wzbudziło mój niepokój. „Przecież zawsze mówią dzień wcześniej, kiedy rano ma ich nie być” – tłumaczyłam sama sobie. Dziwne. Jedyne, co przychodziło mi do głowy, to że coś złego stało się z mamą. W prawdzie lekarze mówią, że dobrze znosi ciążę i nie ma ryzyka jej zagrożenia, ale przecież nigdy nic nie wiadomo. Myśl ta wydała mi się na tyle zatrważająca, że nie czekając zbyt długo postanowiłam zlokalizować mój telefon. Jak zwykle leżał tam, gdzie najmniej mogłabym się go spodziewać. Mniejsza z tym. „Zadzwonię do taty, on lepiej i bardziej rzeczowo naświetli mi sytuację”. Znalazłszy odpowiedni numer przyłożyłam telefon do ucha i w tej że chwili usłyszałam charakterystyczny dźwięk zgrzytającego w zamku klucza. Zerwałam się jak oparzona. Drzwi otworzyły się, w ich progu stali rodzice. W głębi serca poczułam ulgę, jednak wyrazy ich twarzy nie pozwalały mi zachować pełnego, wyczekiwanego przeze mnie spokoju. Mama wyglądała, jakby jeszcze chwilę temu próbowała walczyć z płaczem, widać było na jej policzkach delikatne smugi wysuszonych już łez. Tata także nie wyglądał na szczęśliwego. Trzymał coś w ręku. Wyglądało to jak duża koperta. Ach, teraz już pojmuję! Rodzice byli u lekarza, na badaniu. Dziś mieli przecież sprawdzić, czy moja malutka siostrzyczka jest zdrowa i dobrze się rozwija. W tym momencie smutek i trwoga na ich twarzach wydał mi się jeszcze bardziej przerażający. „Czyżby coś miało być nie tak?!”. Staliśmy wpatrzeni w siebie jeszcze chwilkę, aż w końcu tata, swoim, stanowczym zwykle, ale w tym momencie niepewnym głosem, postanowił przerwać ciszę.
– Dzień dobry Kasiu, już wstałaś? Przecież jeszcze wcześnie, w soboty zwykle drzemiesz do południa. Coś Cię zbudziło? – wyrecytował jednym tchem.
– To… sło… sło… słońce – wydukałam, coraz bardziej pogrążona w czarnych myślach.
– Wybacz, już dawno powinienem był Ci założyć rolety na okna – próbował nadać normalnego tonu tej konwersacji tata.
– Nie szkodzi, ja przecież lubię słońce – odpowiadałam coraz to smutniejszym i bardziej nieobecnym tonem.
Spojrzałam na mamę. Widać było jak na siłę próbuje nasunąć na swoje usta nieco uśmiechu, jednak tylko po to, aby mnie uspokoić. Oczy miała takie smutne… w nich nie da się przecież nic ukryć. Głowę spuściła w dół, nie chciała chyba napotkać mojego wzroku. Takie miałam przynajmniej w tamtej chwili wrażenie.
– Czy coś się stało? – zapytałam w końcu. Obydwoje jeszcze bardziej posmutnieli.
– Kasiu, pamiętasz jak jakiś czas temu mówiliśmy Ci, że pojedziemy dziś sprawdzić jak się czuje maluszek? – tata mówił teraz spokojnym i łagodnym głosem.
– Oczywiście, że pamiętam – zapewniłam pospiesznie. – Czy coś jest nie tak?
– Twoja siostrzyczka będzie chora – odezwała się nagle i niespodziewanie mama, po czym wybuchając gwałtownym płaczem wybiegła z przedpokoju. Tata, ku mojemu zdziwieniu, nie podążył za nią. Zbliżył się nieco bardziej w moją stronę.
– Czy mama mówi prawdę? – upewniałam się, choć dobrze przecież wiedziałam, że mama nie kłamała.
– Natalka urodzi się z chorym serduszkiem – wyjąkał w końcu tata. – Po urodzeniu potrzebne będzie jej nowe.
       Do moich oczu, teraz już na pewno, napłynęły łzy. Nie chciało mi się z nimi nawet walczyć. Bezwiednie spuściłam głowę. Staliśmy tak z tatą dobre parę minut. Żadne z nas nie mogło nic powiedzieć, każde słowo, jak gula, stawało w gardle. Nic, prócz cichego płaczu, nie było w stanie wydobyć się z moich ust. Zresztą, słowa nie były wcale pożądane. Myśli kłębiły się w mojej głowie coraz intensywniej. Czas stanął na chwilę w miejscu i jakby złośliwie upominał się o swój powrót. Jakaś dziwna siła wzbudzała we mnie emocje silniejsze, niż kiedykolwiek. Chciałam mieć nadzieję, że to, co się dzieje, to tylko zły sen, który tak bardzo próbuje zakłócić mój spokój.
– Czy to pewne tato? Czy moja siostrzyczka będzie żyła? – zebrałam się w końcu i jednym tchem wydukałam dręczące mnie od kilku minut pytania.
– Pewne. Lekarz nie pozostawił nam nawet złudzeń – teraz tata mówił krótkimi i zwięzłymi zdaniami. – Przeszczep zaraz po urodzeniu to jedyna nadzieja dla maleństwa. Choć i to nie daje całkowitej pewności, że będzie ono zdrowe.
– Czyli może być różnie, prawda?
– Prawda – tata już nawet nie próbował mnie pocieszać. Widać było jak bardzo sam nie ma siły na to, co go czeka. – Nie martw się – wyjąkał tylko, ale czuć było, że nie wierzy w to, co mówi.
       Dreszcz strachu przeszedł mnie po całym ciele już któryś raz z kolei. Nie wiedziałam, czy mogę, czy powinnam coś powiedzieć. Nie wiedziałam jak się zachować. Uznałam, że najlepszym rozwiązaniem teraz będzie zostawienie rodziców w spokoju. Nie potrzebne im pytania, nie potrzebny im mój smutek, nie potrzebna też moja troska, która i tak nic nie wniesie. „Nie pocieszę ich przecież” – pomyślałam. Ta myśl wydała mi się na tyle logiczna, że po cichu podreptałam na górę i zamknęłam się w moim pokoju. Czas znowu się zatrzymał. Nie pamiętam już kiedy zasnęłam. Odleciałam do innej krainy, by choć na chwile zapomnieć o tym co się dzieje. Wiedziałam, że teraz będzie trudno, że jedyne co może dać mi odrobinę szczęścia, to nadzieja. Pierwszy raz od dłuższego czasu poczułam się zmęczona płaczem. To bez sensu, to nic nie da. Otarłam skapującą jeszcze po policzku łzę. Coś od środka mówiło mi, że nie warto się smucić i złościć, jednak na tyle cicho i mało przekonywająco, że nie potrafiłam posłuchać.
       Pamiętniczku, resztę dnia pamiętam jak przez mgłę. Spędziłam ją głównie na myśleniu o tym, jak będzie, jak będą wyglądały kolejne dni i miesiące. Smutek co jakiś czas nieco głośniej pukał mi do serca, jednak starałam się jak najrzadziej otwierać mu drzwi.
       Szczerze mówiąc zastanawiałam się, czy w ogóle dziś tu pisać. Uznałam jednak, że nie będę uciekać, to nigdy nie popłaca. Poza tym… nie uważam siebie za tchórza. Już jako dziecko nauczyłam się, że mówić należy o wszystkim. Mam nadzieję, że dzisiejszy dzień, niewątpliwie jeden z trudniejszych i gorszych w moim dotychczasowym życiu, za jakiś czas uznam jako nie taki zły, jak z pozoru by się mogło wydawać. „Wszystko ma jakiś sens” – usłyszałam kiedyś od pewnej bardzo mądrej osoby. Od tego czasu zawsze szukam prawdy w tej teorii. Zwykle, po krótszym lub dłuższym czasie, ją znajduję. Wierzę, że i tym razem będzie tak samo.
       Pamiętniczku, kończę na dziś, jestem tak bardzo zmęczona. Pobiegnę ścieżką uczuć i emocji w poszukiwaniu nowego dnia. Pobiegnę tam, gdzie myśli mnie poniosą. Pobiegnę tam, gdzie poczuję, że jest dobrze. Wkrótce opowiem Ci, czy znalazłam lepsze jutro. Dobranoc.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz