Park przy ulicy Kombatantów to jedno z najpiękniejszych miejsc Włoch. Jego początki sięgają XVIII wieku. Park został zaprojektowany przez Szuberta, a typowy dla angielskich ogrodów wygląd nadał mu F. James. Pałacyk – ukończony przez hrabiego Mostowskiego – potem stał się własnością rodziny Koelichenów, a dziś pełni funkcję biblioteki.
Uwielbiam odwiedzać park Kombatantów jesienią. Jest to wtedy niesamowite, przepiękne miejsce, pełne kolorowych liści, błyszczących kasztanów i małych, rudych wiewiórek. Wchodzę zawsze przez okazałą białą bramę od ulicy Cienistej. Widok od razu zapiera mi dech w piersiach: widzę długą, wyłożoną kostką aleję porośniętą z obu stron wielkimi drzewami – niektóre z nich są pomnikami przyrody. Chodnik i trawę pokrywają różnokolorowe liście: wielopalczaste, złotawe klonu, mniejsze, brązowe liście dębowe, olbrzymie, dłoniaste kasztanu czy pierzaste, żółte liście akacji. Zaraz obok bramy rośnie wielki kasztanowiec i odruchowo rozglądam się w poszukiwaniu błyszczących, jakby wypolerowanych kasztanów. Udaje mi się znaleźć pięć, spośród których dwa są jeszcze w zielonych łupinkach. Chowam kasztany do kieszeni i postanawiam dać je mojej kuzynce, która robi z nich ludziki.
Ruszam w kierunku pałacyku, nucąc coś pod nosem. Nagle drogę przebiega mi mała wiewiórka z długim, puszystym ogonem. Jest tak szybka, że przez chwilę widzę tylko rudawą smugę, ale po chwili dociera do mnie, że to zwierzątko. Patrzę, jak zwinnie wspina się po korze wielkiego dębu i znika mi z oczu. Zapewne ma gdzieś tam spiżarnię, w której pracowicie zbiera zapasy na zimę.
W parku są także inne zwierzęta. Na końcu alei, na ściance śmietnika siedzi wielki, czarny gawron. Z rozbawieniem patrzę, jak swoim długim dziobem wyciąga i wyrzuca kolejne śmieci, szukając czegoś do jedzenia. Kiedyś myślałam, że porozrzucane reklamówki to sprawka bezdomnych psów, ale winowajcami okazały się gawrony. Z innych ptaków wymienić można wszechobecne gołębie, które zupełnie nie boją się ludzi. Wśród stadka ptaków wyróżnia się jeden o nietypowym upierzeniu: jest cały biały. Przekrzywia swoją główkę, wlepiając we mnie spojrzenie paciorkowatych oczu. Macam się po kieszeniach, ale nie mam nic, co mogłabym mu dać, więc tylko się uśmiecham i idę dalej.
Mijam ławeczkę, na której około trzydziestoletnia kobieta z intensywnie rudymi włosami czyta książkę. Przechylam głowę, próbując dostrzec tytuł. Rozumiem, czemu wybrała sobie akurat ten park na lekturę: jest spokojnie, drzewa cicho szumią i panuje niesamowity nastrój. Pochylam się i podnoszę kilka liści klonu. Mają drobną, postrzępioną blaszkę i ciekawy kształt. Widzę intensywnie czerwone żyłki, które wyróżniają się na tle pomarańczowo-złocistej barwy. Liście mają specyficzny zapach: pachną jesienią, ostatnimi promieniami słońca i ziemią.
Gdzieś w koronach drzew świergocą szpaki, próbując naśladować inne ptaki. Widzę, jak raz po raz przeskakują z gałęzi na gałąź. O tej porze roku czuć jeszcze na skórze ciepłe słońce i z żalem myślę, że niedługo przyjdzie zima. Słuchać tez rytmiczne stuk-stuk, stuk-stuk – odgłosy wydawane przez dzięcioła. Rozglądam się i spostrzegam, że ptaszek znajduje się niespodziewanie blisko. Siedzi na klonie obok alejki i z wielką siłą uderza dzióbkiem w korę drzewa. Robi to niezwykle szybko. Powolutku podchodzę do niego bliżej, bojąc się go spłoszyć. Jest bardzo pięknie ubarwiony: w jego upierzeniu dominuje czerń przeplatana jaśniejszymi akcentami. Brzuszek ma u góry idealnie biały, a niżej intensywnie czerwony. Ma także szkarłatną plamkę na czubku główki. Patrzę na dzięcioła, bojąc się zrobić cokolwiek, żeby nie uciekł i żałuję, że nie wzięłam ze sobą aparatu. To byłoby przecudowne zdjęcie!
W końcu się wycofuję i zmierzam w kierunku dworku. Pałacyk Koelichenów jest sympatycznym, białym budyneczkiem. Pierwotnie był neorenesansową posiadłością, ale pod koniec XIX wieku został przebudowany. Dzisiaj właściwie trudno powiedzieć, w jakim stylu jest utrzymany. Ma raczej nieregularne kształty, zbudowano go na planie różnych brył. Miejscami ma pięknie wykończoną elewację.
Często odwiedzam bibliotekę umieszczoną w pałacyku, ale dzisiaj nie wzięłam ze sobą książek, więc idę prosto. Widzę stąd wielkie, pochylone drzewo, które już dawno by upadło, gdyby nie podtrzymujące go pręty. Kiedy byłam mała, przychodziłam do parku razem z moją grupą z przedszkola. Zawsze wtedy wszyscy chcieliśmy wspinać się na to drzewo, ale wychowawczynie nam nie pozwalały. Pamiętam, że mimo to Rafał wszedł po pniu. Nasza opiekunka bardzo się zdenerwowała i kazała mu natychmiast schodzić, więc chłopiec zeskoczył z dużej wysokości i się pokaleczył. Na szczęście nic poważnego mu się nie stało, ale od tamtej pory przeszła nam ochota na wspinaczkę.
Podchodzę do pomnika upamiętniającego pomordowanych Polaków. Zatrzymuję się i zgarniam kilka jesiennych, żółtych liści, żeby odczytać napis. Szesnastego września 1944 roku z Włoch wywieziono do obozu koncentracyjnego około sześciu tysięcy mężczyzn. Do domu powróciło jedynie tysiąc z nich. Wyobrażam sobie przez chwilę, jak musieli czuć się ludzie, którzy zostawiali za sobą swój dom i rodziny, jadący w nieznane. Nie wiedzieli przecież, czy kiedykolwiek tu wrócą…
Palą się dwa czerwone znicze. Nagle nachodzi mnie myśl, że Włochy jesienią to piękne miejsce, pełne czerwieni, brązów, żółci i różnych odcieni koloru pomarańczowego. To matki z dziećmi spacerujące po parkowych alejkach, to ostatnie słoneczne popołudnia spędzone nad stawami. Ale to także miejsce pełne historii i dramatów, ludzkich radości i smutków. Kocham moją dzielnicę.
Uwielbiam odwiedzać park Kombatantów jesienią. Jest to wtedy niesamowite, przepiękne miejsce, pełne kolorowych liści, błyszczących kasztanów i małych, rudych wiewiórek. Wchodzę zawsze przez okazałą białą bramę od ulicy Cienistej. Widok od razu zapiera mi dech w piersiach: widzę długą, wyłożoną kostką aleję porośniętą z obu stron wielkimi drzewami – niektóre z nich są pomnikami przyrody. Chodnik i trawę pokrywają różnokolorowe liście: wielopalczaste, złotawe klonu, mniejsze, brązowe liście dębowe, olbrzymie, dłoniaste kasztanu czy pierzaste, żółte liście akacji. Zaraz obok bramy rośnie wielki kasztanowiec i odruchowo rozglądam się w poszukiwaniu błyszczących, jakby wypolerowanych kasztanów. Udaje mi się znaleźć pięć, spośród których dwa są jeszcze w zielonych łupinkach. Chowam kasztany do kieszeni i postanawiam dać je mojej kuzynce, która robi z nich ludziki.
Ruszam w kierunku pałacyku, nucąc coś pod nosem. Nagle drogę przebiega mi mała wiewiórka z długim, puszystym ogonem. Jest tak szybka, że przez chwilę widzę tylko rudawą smugę, ale po chwili dociera do mnie, że to zwierzątko. Patrzę, jak zwinnie wspina się po korze wielkiego dębu i znika mi z oczu. Zapewne ma gdzieś tam spiżarnię, w której pracowicie zbiera zapasy na zimę.
W parku są także inne zwierzęta. Na końcu alei, na ściance śmietnika siedzi wielki, czarny gawron. Z rozbawieniem patrzę, jak swoim długim dziobem wyciąga i wyrzuca kolejne śmieci, szukając czegoś do jedzenia. Kiedyś myślałam, że porozrzucane reklamówki to sprawka bezdomnych psów, ale winowajcami okazały się gawrony. Z innych ptaków wymienić można wszechobecne gołębie, które zupełnie nie boją się ludzi. Wśród stadka ptaków wyróżnia się jeden o nietypowym upierzeniu: jest cały biały. Przekrzywia swoją główkę, wlepiając we mnie spojrzenie paciorkowatych oczu. Macam się po kieszeniach, ale nie mam nic, co mogłabym mu dać, więc tylko się uśmiecham i idę dalej.
Mijam ławeczkę, na której około trzydziestoletnia kobieta z intensywnie rudymi włosami czyta książkę. Przechylam głowę, próbując dostrzec tytuł. Rozumiem, czemu wybrała sobie akurat ten park na lekturę: jest spokojnie, drzewa cicho szumią i panuje niesamowity nastrój. Pochylam się i podnoszę kilka liści klonu. Mają drobną, postrzępioną blaszkę i ciekawy kształt. Widzę intensywnie czerwone żyłki, które wyróżniają się na tle pomarańczowo-złocistej barwy. Liście mają specyficzny zapach: pachną jesienią, ostatnimi promieniami słońca i ziemią.
Gdzieś w koronach drzew świergocą szpaki, próbując naśladować inne ptaki. Widzę, jak raz po raz przeskakują z gałęzi na gałąź. O tej porze roku czuć jeszcze na skórze ciepłe słońce i z żalem myślę, że niedługo przyjdzie zima. Słuchać tez rytmiczne stuk-stuk, stuk-stuk – odgłosy wydawane przez dzięcioła. Rozglądam się i spostrzegam, że ptaszek znajduje się niespodziewanie blisko. Siedzi na klonie obok alejki i z wielką siłą uderza dzióbkiem w korę drzewa. Robi to niezwykle szybko. Powolutku podchodzę do niego bliżej, bojąc się go spłoszyć. Jest bardzo pięknie ubarwiony: w jego upierzeniu dominuje czerń przeplatana jaśniejszymi akcentami. Brzuszek ma u góry idealnie biały, a niżej intensywnie czerwony. Ma także szkarłatną plamkę na czubku główki. Patrzę na dzięcioła, bojąc się zrobić cokolwiek, żeby nie uciekł i żałuję, że nie wzięłam ze sobą aparatu. To byłoby przecudowne zdjęcie!
W końcu się wycofuję i zmierzam w kierunku dworku. Pałacyk Koelichenów jest sympatycznym, białym budyneczkiem. Pierwotnie był neorenesansową posiadłością, ale pod koniec XIX wieku został przebudowany. Dzisiaj właściwie trudno powiedzieć, w jakim stylu jest utrzymany. Ma raczej nieregularne kształty, zbudowano go na planie różnych brył. Miejscami ma pięknie wykończoną elewację.
Często odwiedzam bibliotekę umieszczoną w pałacyku, ale dzisiaj nie wzięłam ze sobą książek, więc idę prosto. Widzę stąd wielkie, pochylone drzewo, które już dawno by upadło, gdyby nie podtrzymujące go pręty. Kiedy byłam mała, przychodziłam do parku razem z moją grupą z przedszkola. Zawsze wtedy wszyscy chcieliśmy wspinać się na to drzewo, ale wychowawczynie nam nie pozwalały. Pamiętam, że mimo to Rafał wszedł po pniu. Nasza opiekunka bardzo się zdenerwowała i kazała mu natychmiast schodzić, więc chłopiec zeskoczył z dużej wysokości i się pokaleczył. Na szczęście nic poważnego mu się nie stało, ale od tamtej pory przeszła nam ochota na wspinaczkę.
Podchodzę do pomnika upamiętniającego pomordowanych Polaków. Zatrzymuję się i zgarniam kilka jesiennych, żółtych liści, żeby odczytać napis. Szesnastego września 1944 roku z Włoch wywieziono do obozu koncentracyjnego około sześciu tysięcy mężczyzn. Do domu powróciło jedynie tysiąc z nich. Wyobrażam sobie przez chwilę, jak musieli czuć się ludzie, którzy zostawiali za sobą swój dom i rodziny, jadący w nieznane. Nie wiedzieli przecież, czy kiedykolwiek tu wrócą…
Palą się dwa czerwone znicze. Nagle nachodzi mnie myśl, że Włochy jesienią to piękne miejsce, pełne czerwieni, brązów, żółci i różnych odcieni koloru pomarańczowego. To matki z dziećmi spacerujące po parkowych alejkach, to ostatnie słoneczne popołudnia spędzone nad stawami. Ale to także miejsce pełne historii i dramatów, ludzkich radości i smutków. Kocham moją dzielnicę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz