Agnieszka Ozimek: "Ostrożnie z marzeniami"

          Słońce prześwituje z uporem przez żaluzje w pewnym dziewczęcym pokoju. Próbuje jakoś ożywić czarne wnętrze – oho, czyżby okres nastoletniego buntu? Z wysiłkiem wciska się w okienne szpary, oświetlając sterty ubrań na podłodze i śmieci na biurku. Interesuje je jednak coś innego. Stara się zaświecić w oczy dziwnej postaci ukrytej pod kołdrą. Najwyższy czas wstawać! Czy ona nie słyszy wyjącego głośno budzika?
           Chyba wreszcie usłyszała tą głośną skargę bezdusznego sprzętu. Tak to jednak jest, że zazwyczaj w poniedziałek rano nikt nie docenia wyjącego alarmu. Nagle zza poduszki wyjrzała rozczochrana głowa i złapawszy biedny zegarek, rzuciła nim na przeciwległą ścianę.
          Słońce nie rozumiało jej zachowania – ale przez setki lat obserwacji ludzi nauczyło się jednego – ludzie są dziwni i zrozumieć ich jest niemożliwością. Obserwowało z zainteresowaniem jak uchylają się drzwi i zdenerwowana kobieta – matka? – zabiera dziewczynie kołdrę, uchyla okno i wygania do szkoły. W tym momencie słońce miało pełny obraz sytuacji i mogłoby postawić swoje trzy promienie na to, że zaraz rozpęta się awantura, a dziewczyna pobiegnie bez śniadania na lekcje. Jaka szkoda, że tak często miało rację!

***

          Łup! Łup! Łup! Czarny, ciężki but równo wygrywa nerwowy rytm. Justyna raz po raz wciska przycisk przywołujący windę, ta jednak wcale się nie spieszy. Pobiegłaby może po schodach, ale z drugiej strony to trochę daleko – tak to jest jak się mieszka w wieżowcu na pięćdziesiątym piętrze. Wreszcie winda powoli rozsunęła paskudne zielone drzwi, ukazując jednak pasażera, którego akurat dziewczyna nie miała ochoty spotkać. To był ten wariat, który nie wiadomo gdzie mieszka. Justyna zawsze czuła się przy nim nieswojo. Dziś akurat miał na sobie dżinsy i koszulę w kratę. To nie byłoby jeszcze dziwne, gdyby nie założył do tego zielonego fraka, słomkowego kapelusza i damskich japonek. O ratunku.
– Co panienka taka niezadowolona z samego rana?
– A co, nie wolno?
– Wolno, wolno, oczywiście. Jakieś kłopoty… mam rację? – szalony współpasażer uśmiechnął się słodko do dziewczyny. Tego było jej za wiele.
– A co pana to interesuje!? Wcale nie mam żadnych kłopotów! – Justyna zaczęła dygotać.
Skąd ten szaleniec wiedział? Bo skądś wiedział na pewno, widziała to w jego oczach. Ostatnio wszystko jej się waliło i paliło, ale co go to obchodzi?
– Uhuhu, ktoś tu jest niczym bomba z samozapłonem… Pewnie chciałabyś, żeby wszystko działo się tak, jak chcesz, a wszyscy robili to, co chcesz?
– Niech pan mnie zostawi. Nic pan nie rozumie.
– A skąd ty to, dziewczynko, możesz wiedzieć? To jak, CHCIAŁABYŚ?
Justyna miała go serdecznie dość. Uznała, że najlepiej będzie potaknąć i dać sobie spokój. Powiedziała więc szybkie ‘tak’ i odwróciła się plecami, licząc, że mężczyzna usatysfakcjonowany odpowiedzią, nie będzie już jej zaczepiał. Jeszcze chwilę wytrzyma. Winda przejechała właśnie dwudzieste pierwsze piętro.
– Dobrze. Każdy ma prawo spróbować. Teraz możesz marzyć i pragnąć na jawie, zobaczymy, jak to wykorzystasz. Gdybyś miała jakieś… wątpliwości, zapraszam do mnie. Mieszkanie numer pół. Tylko pamiętaj – uważaj, czego pragniesz.
Winda wreszcie się zatrzymała. Dziwne, tak szybko? Szalony sąsiad wyszedł, a za nim zdezorientowana Justyna. Gdzie jest mieszkanie „pół”???
             Zresztą teraz to nieważne. Za trzy ósma! Trzeba biec! Pierwsza lekcja z Ekierką, a ona nienawidzi spóźniania się na lekcje. Na pewno weźmie ją do tablicy i da zadanie, z którym Justyna sobie nie poradzi, a potem sprawdzi pracę domową, której niestety nie ma. Skończy się to dwoma jedynkami i szanse na zdanie do następnej klasy będą już wielkości ziarnka ryżu.
         Dlatego Justyna nie rozumiała, dlaczego Ekierka postawiła jej piątkę, chociaż nie rozwiązała zadania. Dlaczego nie wpisała spóźnienia. Dlaczego dostała darmowy obiad, a jakiś pierwszoroczniak kupił jej colę. Aż w końcu przyszło jej na myśl, że może … może ten szaleniec rano… Nie, niemożliwe! Podeszła więc do jakiegoś ucznia, by sprawdzić swoje przypuszczenia.
– Chcę, żebyś skakał na jednej nodze – Justyna czuła się dziwnie, ale trudno, raz się żyje.
– Jak sobie życzysz.
I nagle ku zdumieniu wszystkich, na środku korytarza zaczął skakać na jednej nodze jakiś uczeń.
            Teraz wiedziała już na pewno – otrzymała dar, niezwykły i potężny. Z początku trochę ją wystraszył – ale co tam, raz się żyje. Tyle może zmienić, poprawić! Pobiegła do gabinetu pani dyrektor z żądaniem, by lekcje na dzisiaj zostały skończone, a ona miała już zaliczony rok i piątki z każdego przedmiotu. Korzystając z wolności i nowo odkrytych możliwości wybiegła na zewnątrz.
           Dzień był trochę chłodny, a Justyna przez poranną awanturę z mamą nie wzięła kurtki. Przeszło jej przez myśl, że przecież może to zmienić! Stanęła więc na środku i krzyknęła:
– Chcę, żeby na całym świecie już zawsze było ciepło!
W tej chwili nastąpił momentalny skok temperatury. To było nieprawdopodobne! Justyna stała na środku chodnika i śmiała się. Po chwili zauważyła, że jacyś ludzie patrzą na nią z rozbawieniem. Rozdrażniło ją to, więc szybko powiedziała „chcę, by nikt na mnie nie patrzył!”. Wszyscy odwrócili wzrok. Dziewczyna czuła się wszechmocna.
           Lekkim krokiem udała się do domu. Na parterze nie było portiera, winda stała na dole i nikogo w niej nie było – wszystko dokładnie tak, jak sobie tego zażyczyła. Czegóż więcej można chcieć?
– Justyna, czemu nie ma cię w szkole?! Znowu wagary?! – od progu powitała ją zła matka.
– Ranyyy, odczep się! Lekcje odwołali!
– Nie wierzę ci! Natychmiast marsz do szkoły! Albo nie – pójdziemy razem, porozmawiam sobie z dyrektorem!
– Mama, uspokój się! Chcę, żebyś mnie kochała!
I nagle Justyna pomyślała, że albo zepsuł jej się dar, albo matka jest wyjątkowo odporna. Dlaczego nic się nie dzieje? Dlaczego ona nadal szykuje się do wyjścia i ciągnie ją za sobą?
– Jesteś okropna, nienawidzę cię! Chciałabym, żebyś zniknęła!
W tej samej chwili uświadomiła sobie, co najlepszego narobiła. O BOŻE. To wszystko nie tak! Krzyczała jeszcze długo, że chce, by matka wróciła, by się pojawiła. Wszystko na nic.
Cały czas stała sama w przedpokoju. Łzy leciały jej równym rządkiem po twarzy. Co robić?
Wtedy przypomniał jej się ten wariat w słomkowym kapeluszu. Co to on mówił, że pod jakim numerem mieszka? „Pół”? Gdzie w takim razie go szukać? Na parterze?
          Justyna nie zauważyła wcześniej lewej odnogi korytarza na parterze. Pełna sprzecznych uczuć udała się właśnie w tym kierunku. Prawie nie zdziwił jej numer na drzwiach – 0.5. Cicho zapukała, a drzwi otworzyły się prawie natychmiast – jakby właściciel czekał na nią już od dłuższego czasu…
– Słucham?
– Niech mi pan pomoże! Ja… nie wiem, co się stało! Coś poszło nie tak!
– Cicho dziewczyno, nie krzycz na cały blok. Wejdź do środka. Tak się składa, że ja wiem wszystko – w przeciwieństwie do ciebie. Udało ci się źle pragnąć cały dzień! Wielkie brawa, takich sukcesów jak ty, to nikt nie miał! – Justyna już zbierała się, by zaprotestować, jednak sąsiad jednym zamaszystym ruchem ręki zgasił w niej to uczucie – każde twoje życzenie pociągnęło jakieś konsekwencje.
– Co pan opowiada… co z tego, że mam w dzienniku same piątki, tak jak zażyczyłam sobie rano?
– Ano to, że masowe zmiany tylu ocen spowodowały zwarcie systemu. W twojej szkole nie zachował się ani jeden komputer. Uczniowie nie mają żadnych ocen, a twoja szkoła poniesie ogromne koszty – przez co nie będzie wyjazdów ani wycieczek.
– Uuu… a co się stało przez skrócone lekcje?
– Jak to co? Po pierwsze – część uczniów nie potrafiła dobrze spożytkować tego czasu – w konsekwencji mamy zdemolowany przystanek autobusowy, dwóch uczniów w szpitalu, a sześciu na komendzie policji. A ty spotkałaś wcześniej mamę, przez co wynikła awantura i wydarzyła się tragedia.
– Chwila, chwila. Zacznijmy od tego, że ja wcale tak naprawdę nie chciałam, żeby to się stało. Później długo krzyczałam, że chcę, by mama wróciła. Nic to nie dało! A w ogóle to ten pański prezent jakiś zepsuty – powiedziałam jej, że chcę, by mnie kochała, i nic się nie wydarzyło!
– A nie przyszło ci, dziewczynko, na myśl, że twoja mama zawsze cię kocha, więc nie było czego zmieniać?
Justynę zamurowało. Rzeczywiście, o tym nie pomyślała. Czy to prawda?
– Pamiętasz jeszcze życzenia, jakie wypowiedziałaś? Chciałaś, żeby nikt na ciebie nie patrzył. Nie zauważyłaś, że rzeczywiście nikt nie skupiał na tobie uwagi? Byłaś wręcz niewidzialna. Nie znalazłabyś nigdy męża …, ale nie martw się, i tak za parę godzin wszyscy zginą. Co, nie pomyślałaś, że globalne ocieplenie spowoduje wymieranie większości gatunków i ogromne tsunami, tornada, trzęsienia ziemi… słowem, koniec świata?
Dziewczyna poczuła, że uginają się pod nią nogi. Co ona najlepszego narobiła!?
– Pomóż mi proszę. Cofnij to wszystko! Proszę, przecież…
– Mówiłem ci – ostrożnie z życzeniami!
          Justynie wydawało się, że to już koniec. Nie tylko pozbyła się swojej mamy, ale jeszcze spowoduje zagładę całego świata! Zalała się łzami. Płakała tak głośno, że nie słyszała nawet tej denerwującej, powtarzającej się w kółko melodii, która ją otoczyła. Gdy w końcu ją usłyszała, spostrzegła, że leży we własnym łóżku, a na stoliku obok budzik wydzwania swoją głupią melodyjkę. Już, już chciała nim rzucić, ale wtedy dostrzegła, że ściska w dłoniach jakąś karteczkę – „możesz zacząć od nowa. I pamiętaj – ostrożnie z marzeniami!”.

***

           Słońce jak zwykle próbowało przecisnąć się do tego ciemnego, zagraconego pokoiku. O dziwo, tego dnia zwykle bojowo nastawiona do życia nastolatka sama otworzyła okno, i to jeszcze z szerokim uśmiechem na ustach! Wtem do pokoju weszła matka. Ciekawe, czy znów się pokłócą? O, dziewczyna przytuliła się do niej? No cóż, słońce zawsze wiedziało, że ludzi nie da się zrozumieć…


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz