Pewnego dnia ze swoimi rodzicami i z bratem wyjechałem w góry. Podróżowaliśmy długo. Byliśmy tak zmęczeni, że nikt się nie odzywał, nawet radio było wyłączone. Nagle tata krzyknął:
– Patrzcie! Coś spada z nieba! Leci w stronę gór!
Wszyscy natychmiast obrócili się i zobaczyli niesamowity widok. Po niebie przemieszczał się ogromny meteoroid. Był wielkości dziesięciu cystern. Leciał bardzo szybko, aż nagle uderzył w jedną z gór. Rozległ się ogłuszający hałas. Mieliśmy otwarte usta i patrzyliśmy w stronę, gdzie właśnie wydarzyło się coś wyjątkowego. W końcu odezwał się mój brat:
– Co to było?! – zapytał z przerażeniem.
– Nie wiem – odpowiedział spokojnie tata. – Nigdy czegoś takiego nie widziałem.
Meteoryt zrobił w górze wielką dziurę i wpadł do jeziora. Wszędzie rozprzestrzeniało się dużo dymu i pyłu. Niewiele było widać. W końcu dojechaliśmy do domku, w którym mieliśmy mieszkać. Tam nie było pyłu ani dymu, więc można było więcej zobaczyć. Okolica była piękna. Przy małym drewnianym domku rosły winogrona. W dużym lesie można było znaleźć maliny, jagody, jeżyny i wiele innych owoców leśnych. Koło domku był też strumień, który płynął pod drewnianym mostkiem. Zza góry było widać unoszący się w powietrzu dym, który utworzył się nad miejscem rozbicia meteorytu. Było już późno, więc tata kazał mi i bratu położyć się spać. Kiedy już przebraliśmy się w piżamy i położyliśmy się do łóżek, odezwałem się cicho do brata:
– Ej, Bartek!
– Co? – zapytał dziwnym głosem.
– Namówimy jutro rodziców, żebyśmy pojechali do tego meteorytu? – zasugerowałem.
– No pewnie – odpowiedział radośnie brat.
Następnego ranka wstaliśmy z łóżek i wyjrzeliśmy przez okno. Padało. Razem z bratem zeszliśmy do salonu na śniadanie. Zapach kakao roznosił się po całym domku.
– Co się stało, Wiktorze? – zapytała mama zatroskana.
– No, bo ja i Bartek chcielibyśmy dzisiaj zobaczyć tę kometę, która wczoraj spadła z nieba.
– Na pewno nie będziemy dzisiaj jechać nad to jezioro! – rzekła zdecydowanym głosem.
Zjedliśmy śniadanie w melancholijnym nastroju. Po posiłku zaczęliśmy się bawić w chowanego. Bawiliśmy się tak ponad czterdzieści minut. Wreszcie zauważyliśmy, że przestało padać i utworzyła się piękna, kolorowa tęcza. Zaczęliśmy namawiać rodziców na wyjazd.
– Prosimy, możemy pojechać tam, gdzie rozbił się meteoryt?
– Nie – stanowczo odpowiedziała mama.
– Ale już przestało padać i zrobiło się tak jasno na niebie…
– No dobrze, ale musicie ubrać się w kurtki przeciwdeszczowe na wypadek ulewy – powiedziała mama z uśmiechem na twarzy.
– Hurrra! – zakrzyknęliśmy obaj.
W mig założyliśmy kurtki. Wybiegliśmy na dwór. Powietrze było świeże i miało specyficzny zapach. W końcu wsiedliśmy w czwórkę do samochodu i pojechaliśmy w kierunku zderzenia meteoroidu z górą. Jechaliśmy piętnaście minut, aż w końcu ją zobaczyliśmy – była jeszcze rozgrzana. Gdzieniegdzie wystawały nieznane kryształy. Były piękne i miały różne kolory: czerwony, zielony, błękitny oraz żółty. Nie mogłem oderwać od nich wzroku.
– Niesamowite! – zakrzyknęliśmy wszyscy razem.
Nagle piękne kamienie zaczęły się poruszać i wyłazić ze skał. Po paru sekundach już wszystkie leżały na ziemi i zaczęły się układać w kryształowych ludzi, którzy wyglądali jak kolorowe szkło. Mieli tarcze i miecze zrobione jakby ze szmaragdów oraz zbroje z klejnotów.
– Co to? – zapytał Bartek.
– Nie wiem – odpowiedział tata zdziwionym głosem.
– Czy oni nas zaatakują? – spytałem lekko przerażony.
– Nie jestem pewien – odrzekł niepewnie tata.
W tym czasie potwory chodziły i niszczyły, co tylko się dało: drzewa, skały i stojące w pobliżu samochody. Wkrótce pojawiły się opancerzone pojazdy policji i wojska. Żołnierze i policjanci rozpoczęli ostrzał z pistoletów i karabinów. Jednak żaden z kryształowych ludzi zdawał się nie zwracać uwagi na pociski – nie robiły im one żadnej widocznej krzywdy. Mimo nawałnicy ognia ich zbroje nie pękały ani nie kruszyły się. Meteorytowi bohaterowie nie ustawali w niszczeniu wszystkiego wokół siebie. Co gorsza – rykoszety kul zraniły już kilka osób i czyniły dalsze szkody w otoczeniu. Nagle z nieba zaczął padać deszcz, a potwory zaprzestały dewastacji i zaczęły uciekać pod drzewa, do jaskiń, gdzie tylko się dało. Jeden z kryształowych ludzi został na zewnątrz i wtedy zaczął zamieniać się w skałę. Po pewnym czasie był nieregularnym głazem, który przestał się ruszać. Wtedy wpadłem na pomysł i powiedziałem:
– Może tak wziąć pistolety na wodę i spryskać te monstra…
– To niezły pomysł – odparł tata.
Natychmiast pojechaliśmy do domu. Wzięliśmy pistolet na wodę i dwie sześciolitrowe butle z wodą. Wróciliśmy do miejsca, gdzie chowały się potwory i zaczęliśmy je pryskać wodą. Było ich ze dwadzieścia. Kiedy ostatni potwór został oblany, ziemia zaczęła nagle drżeć i z wielkiego meteorytu wyłonił się ogromny olbrzym zrobiony z kryształowej lawy.
– Nasze pistolety nie wystarczą na to monstrum! – krzyknąłem przerażony.
Wszyscy natychmiast obrócili się i zobaczyli niesamowity widok. Po niebie przemieszczał się ogromny meteoroid. Był wielkości dziesięciu cystern. Leciał bardzo szybko, aż nagle uderzył w jedną z gór. Rozległ się ogłuszający hałas. Mieliśmy otwarte usta i patrzyliśmy w stronę, gdzie właśnie wydarzyło się coś wyjątkowego. W końcu odezwał się mój brat:
– Co to było?! – zapytał z przerażeniem.
– Nie wiem – odpowiedział spokojnie tata. – Nigdy czegoś takiego nie widziałem.
Meteoryt zrobił w górze wielką dziurę i wpadł do jeziora. Wszędzie rozprzestrzeniało się dużo dymu i pyłu. Niewiele było widać. W końcu dojechaliśmy do domku, w którym mieliśmy mieszkać. Tam nie było pyłu ani dymu, więc można było więcej zobaczyć. Okolica była piękna. Przy małym drewnianym domku rosły winogrona. W dużym lesie można było znaleźć maliny, jagody, jeżyny i wiele innych owoców leśnych. Koło domku był też strumień, który płynął pod drewnianym mostkiem. Zza góry było widać unoszący się w powietrzu dym, który utworzył się nad miejscem rozbicia meteorytu. Było już późno, więc tata kazał mi i bratu położyć się spać. Kiedy już przebraliśmy się w piżamy i położyliśmy się do łóżek, odezwałem się cicho do brata:
– Ej, Bartek!
– Co? – zapytał dziwnym głosem.
– Namówimy jutro rodziców, żebyśmy pojechali do tego meteorytu? – zasugerowałem.
– No pewnie – odpowiedział radośnie brat.
Następnego ranka wstaliśmy z łóżek i wyjrzeliśmy przez okno. Padało. Razem z bratem zeszliśmy do salonu na śniadanie. Zapach kakao roznosił się po całym domku.
– Co się stało, Wiktorze? – zapytała mama zatroskana.
– No, bo ja i Bartek chcielibyśmy dzisiaj zobaczyć tę kometę, która wczoraj spadła z nieba.
– Na pewno nie będziemy dzisiaj jechać nad to jezioro! – rzekła zdecydowanym głosem.
Zjedliśmy śniadanie w melancholijnym nastroju. Po posiłku zaczęliśmy się bawić w chowanego. Bawiliśmy się tak ponad czterdzieści minut. Wreszcie zauważyliśmy, że przestało padać i utworzyła się piękna, kolorowa tęcza. Zaczęliśmy namawiać rodziców na wyjazd.
– Prosimy, możemy pojechać tam, gdzie rozbił się meteoryt?
– Nie – stanowczo odpowiedziała mama.
– Ale już przestało padać i zrobiło się tak jasno na niebie…
– No dobrze, ale musicie ubrać się w kurtki przeciwdeszczowe na wypadek ulewy – powiedziała mama z uśmiechem na twarzy.
– Hurrra! – zakrzyknęliśmy obaj.
W mig założyliśmy kurtki. Wybiegliśmy na dwór. Powietrze było świeże i miało specyficzny zapach. W końcu wsiedliśmy w czwórkę do samochodu i pojechaliśmy w kierunku zderzenia meteoroidu z górą. Jechaliśmy piętnaście minut, aż w końcu ją zobaczyliśmy – była jeszcze rozgrzana. Gdzieniegdzie wystawały nieznane kryształy. Były piękne i miały różne kolory: czerwony, zielony, błękitny oraz żółty. Nie mogłem oderwać od nich wzroku.
– Niesamowite! – zakrzyknęliśmy wszyscy razem.
Nagle piękne kamienie zaczęły się poruszać i wyłazić ze skał. Po paru sekundach już wszystkie leżały na ziemi i zaczęły się układać w kryształowych ludzi, którzy wyglądali jak kolorowe szkło. Mieli tarcze i miecze zrobione jakby ze szmaragdów oraz zbroje z klejnotów.
– Co to? – zapytał Bartek.
– Nie wiem – odpowiedział tata zdziwionym głosem.
– Czy oni nas zaatakują? – spytałem lekko przerażony.
– Nie jestem pewien – odrzekł niepewnie tata.
W tym czasie potwory chodziły i niszczyły, co tylko się dało: drzewa, skały i stojące w pobliżu samochody. Wkrótce pojawiły się opancerzone pojazdy policji i wojska. Żołnierze i policjanci rozpoczęli ostrzał z pistoletów i karabinów. Jednak żaden z kryształowych ludzi zdawał się nie zwracać uwagi na pociski – nie robiły im one żadnej widocznej krzywdy. Mimo nawałnicy ognia ich zbroje nie pękały ani nie kruszyły się. Meteorytowi bohaterowie nie ustawali w niszczeniu wszystkiego wokół siebie. Co gorsza – rykoszety kul zraniły już kilka osób i czyniły dalsze szkody w otoczeniu. Nagle z nieba zaczął padać deszcz, a potwory zaprzestały dewastacji i zaczęły uciekać pod drzewa, do jaskiń, gdzie tylko się dało. Jeden z kryształowych ludzi został na zewnątrz i wtedy zaczął zamieniać się w skałę. Po pewnym czasie był nieregularnym głazem, który przestał się ruszać. Wtedy wpadłem na pomysł i powiedziałem:
– Może tak wziąć pistolety na wodę i spryskać te monstra…
– To niezły pomysł – odparł tata.
Natychmiast pojechaliśmy do domu. Wzięliśmy pistolet na wodę i dwie sześciolitrowe butle z wodą. Wróciliśmy do miejsca, gdzie chowały się potwory i zaczęliśmy je pryskać wodą. Było ich ze dwadzieścia. Kiedy ostatni potwór został oblany, ziemia zaczęła nagle drżeć i z wielkiego meteorytu wyłonił się ogromny olbrzym zrobiony z kryształowej lawy.
– Nasze pistolety nie wystarczą na to monstrum! – krzyknąłem przerażony.
Nagle pojawił się wóz straży pożarnej. Wycelował w olbrzyma armatkę wodną. Trysnął silny strumień wody. Potwór zachwiał się, tupnął nogą tak, że pojazd strażacki przewrócił się.
Na szczęście pojawiły się kolejne zastępy straży i oblewały stwora ze wszystkich stron…
Wtedy usłyszałem:
– Wstawaj Wiktorku! Jedziemy w góry!
Otworzyłem oczy i zobaczyłem, że leżę w łóżku... jeszcze w piżamie. Spojrzałem na mamę... Jej skóra połyskiwała kryształowo...
Na szczęście pojawiły się kolejne zastępy straży i oblewały stwora ze wszystkich stron…
Wtedy usłyszałem:
– Wstawaj Wiktorku! Jedziemy w góry!
Otworzyłem oczy i zobaczyłem, że leżę w łóżku... jeszcze w piżamie. Spojrzałem na mamę... Jej skóra połyskiwała kryształowo...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz