Siedziałam sama, na starym, bujanym krześle. W opuszczonym pokoju na poddaszu. Wśród szarych ścian, wśród pustki. Byłam tylko ja i duże okno naprzeciwko mnie i obraz za nim. Obraz świata pogrążonego w ciszy. Po ulicach nie jechały w pośpiechu samochody, po chodnikach nie tłoczyli się żyjący w stresie ludzie. Patrzyłam na to, nie czując mijającego czasu, a sekunda goniła sekundę, minuta minutę. Świat żył swoim naturalnym rytmem, ale tu? Tu on się zatrzymał. Tu byłam tylko ja i stary pogrążony
w mroku pokój. Zachodziło słońce. Jasna, ciepła fala promieni, znikającego powoli za horyzontem słońca, wlała się do pokoju, oblewając mnie i nicość dookoła swoim blaskiem. Przymknęłam na chwilę oczy, zrobiłam parę głębokich wdechów. Powieki poszybowały do góry i zobaczyłam to, co chwilę wcześniej.
W głowie nie było gonitwy myśli. Tęskniłam. Pragnęłam, by wrócił. Pragnęłam cofnąć czas, zmienić to, co wydarzyło się miesiąc temu. Wymazać wspomnienia tego okropnego wydarzenia, które zmieniło moje życie, wypełniając je smutkiem i tęsknotą. Nie zauważyłam, kiedy popłynęły pierwsze łzy. Po policzkach, powoli, spływał strumień słonych kropel. Nie mogłam uwierzyć, że to wydarzyło się naprawdę, że zginął. Musiałam się uspokoić. Doskonale wiedziałam, że nie wróci, że już nigdy go nie zobaczę, nie poczuję dotyku jego miękkich, pełnych ust. Musiałam nauczyć się żyć tak jak wcześniej, tak jak żyłam, kiedy w moim życiu nie było jego. Ludzie się rodzą i umierają. Ale przecież on miał żyć, miał być zawsze obok mnie. Odszedł. Ta straszliwa prawda jeszcze do mnie nie do dotarła. To musiał być sen. Codziennie budziłam się z myślą, że go zobaczę. Na próżno.
Wstałam, dotyk zimnej drewnianej podłogi podziałał na moje stopy jak kubeł zimnej wody wylanej na głowę. Małymi, chwiejnymi kroczkami podeszłam do okna.Trzęsły mi się ręce. Drżałam. Nie czułam chłodu, zimna, czułam jedynie pustkę.
w mroku pokój. Zachodziło słońce. Jasna, ciepła fala promieni, znikającego powoli za horyzontem słońca, wlała się do pokoju, oblewając mnie i nicość dookoła swoim blaskiem. Przymknęłam na chwilę oczy, zrobiłam parę głębokich wdechów. Powieki poszybowały do góry i zobaczyłam to, co chwilę wcześniej.
W głowie nie było gonitwy myśli. Tęskniłam. Pragnęłam, by wrócił. Pragnęłam cofnąć czas, zmienić to, co wydarzyło się miesiąc temu. Wymazać wspomnienia tego okropnego wydarzenia, które zmieniło moje życie, wypełniając je smutkiem i tęsknotą. Nie zauważyłam, kiedy popłynęły pierwsze łzy. Po policzkach, powoli, spływał strumień słonych kropel. Nie mogłam uwierzyć, że to wydarzyło się naprawdę, że zginął. Musiałam się uspokoić. Doskonale wiedziałam, że nie wróci, że już nigdy go nie zobaczę, nie poczuję dotyku jego miękkich, pełnych ust. Musiałam nauczyć się żyć tak jak wcześniej, tak jak żyłam, kiedy w moim życiu nie było jego. Ludzie się rodzą i umierają. Ale przecież on miał żyć, miał być zawsze obok mnie. Odszedł. Ta straszliwa prawda jeszcze do mnie nie do dotarła. To musiał być sen. Codziennie budziłam się z myślą, że go zobaczę. Na próżno.
Wstałam, dotyk zimnej drewnianej podłogi podziałał na moje stopy jak kubeł zimnej wody wylanej na głowę. Małymi, chwiejnymi kroczkami podeszłam do okna.Trzęsły mi się ręce. Drżałam. Nie czułam chłodu, zimna, czułam jedynie pustkę.
– Wróć, proszę! Bez ciebie sobie nie poradzę. – wyszeptałam urywanym głosem, czując, jak wzbiera we mnie ogromny szloch. Przyłożyłam do szyby dłonie, potem czoło. Zacisnęłam powieki. Wspomnienia tego straszliwego wydarzenia wracały ze zdwojoną siłą. Bombardowały mnie. Próbowałam się od nich uwolnić, ale one, jak węże, oplotły mnie i obezwładniły. Poczułam się jak szmaciana lalka, podatna na wszystkie ich zachcianki. Nagle wszystko zniknęło.
Znalazłam się w czarnym pokoju. Nie było tu nic, prócz pustki. Żadnych mebli, okien, przebłysków światła. Czułam się jak zwierzę zamknięte w klatce, bez możliwości ucieczki. Straciłam orientację w przestrzeni. Bałam się, nie wiedziałam, gdzie jestem, co to za miejsce. Serce zabiło szybciej, w żyłach popłynęła adrenalina.
– Ha! Ha! Ha! – usłyszałam wredny, piskliwy śmiech. Nie miałam pojęcia, skąd pochodzi. Szaleńczym wzrokiem omiotłam wszystko dookoła, ale w ciemności nikogo nie zobaczyłam.
– Kim jesteś? Gdzie się ukryłeś? – spytałam matowym głosem, w którym dało się słyszeć nutę strachu.
– Jestem… Hm… Czym ja jestem? Jestem tym, czego nie zobaczysz, tym co możesz tylko słyszeć, jestem tym, co zna całą ciebie, tym co obserwowało całe twoje życie. Wiem o tobie wszystko, znam każdą twoją tajemnicę. – odparł głos. Poczułam na ciele gęsią skórkę, a policzki pokrył rumieniec wstydu. Fakt, że ktoś mógł widzieć wszystko to, co robiłam przez siedemnaście lat życia, sprawił, że nie wiedziałam, co mam powiedzieć, jak się zachować. Milczałam z opuszczonymi bezradnie rękoma.
– Gdzie ja jestem? – spytałam.
– Jesteś w moim świecie. – powiedział tajemniczy głos. Nastała długa chwila ciszy.
– A teraz patrz!
Poczułam powiew zimnego, mroźnego wiatru. Zadrżałam. Przede mną pojawiły się setki malutkich błyszczących punkcików. Nie miałam pojęcia, skąd się one wzięły, a z każdą sekundą było ich coraz więcej, setki, tysiące… Nagle skupiły się w jednym miejscu. Bijące od nich światło oślepiło mnie, dłonią zakryłam oczy i czekałam, czekałam na coś, co miało się wydarzyć za chwilę, tylko nie wiedziałam, co to będzie. Ciągle przybywało małych, błyszczących punkcików. Spadały z góry, wyłaniały się z wszystkich stron.
– Już możesz odsłonić oczy – powiedział głos. Nie zrobiłam żadnego ruchu. Bałam się tego, co mogę zobaczyć i mocno zacisnęłam powieki.
– Spójrz! – wrzasnął. Po plecach przeleciał mi zimny, nieprzyjemny dreszcz. Otworzyłam oczy.
W powietrzu nadal krążyły małe, błyszczące punkciki. Tłoczyły się, przepychały. Nagle ich jasny blask zgasł.
– Nie!!! – usłyszałam przerażony krzyk jakiejś kobiety. Znałam ten głos, ale nie mogłam sobie przypomnieć, do kogo należy, ani skąd pochodzi. Błyszczące punkciki zatrzymały się, stanęły. Nie wiem kiedy, ani jakim sposobem nastąpiła taka eksplozja barw i głosów, że przez krótką chwilę widziałam tylko biel, a w głowie huczało od natłoku dźwięków.
–Nie!!! – usłyszałam ten sam głos, który przyprawiał mnie o dreszcze, ten sam krzyk, który ranił moje serce.
Nagle poczułam wybuch ogromnego palącego ciepła, które piekło moje ciało. Nozdrza zaatakował smród spalenizny i dymu. Kaszlałam. Zamarłam z przerażenia. Byłam bliska płaczu. Temperatura rosła, a przed moimi oczami pojawił się straszny obraz…
Płonął dom. Wszędzie był ogień. Ludzi stojących na chodnikach ogarnęła panika, a jedna kobieta klęczała. Płakała, krzyczała, by ktoś pomógł, by go wyciągnęli z tej śmiertelnej pułapki. Straż pożarna zjeżdżała się, strażacy wybiegali z wozów i szybko przystępowali do akcji gaszenia pożaru. Z okien domu buchał ogromny, czarny dym. Przybywało coraz więcej gapiów, szeptali. Kilku odważnych mężczyzn błagało, by pozwolono im pomóc. Jednemu z nich łzy płynęły po twarzy, zaczął biec w kierunku ognia. Strażacy zauważyli go, podbiegli i próbowali odciągnąć. Stawiał opór, krzycząc: „Ratujcie go! Ratujcie mojego syna, bo jeśli nie, sam tam wejdę! „Wszystko jest pod kontrolą – uspokajał go jeden ze strażaków – proszę się cofnąć, bo tu jest niebezpiecznie”.
Nie cofnął się. Z dachu domu zaczęły spadać pojedyncze cegły, słychać było głosy walących się ścian, pękającego tynku. Mężczyzna patrzył w to samo okno. Powędrowałam za jego wzrokiem. Na początku nic nie widziałam, tylko płomienie, dym. Obraz zmienił się. Teraz nie widziałam płonącego domu. Widziałam to, co dzieje się za oknem w pokoju…
Wszystko trawił ogień. Meble, firanki, ściany. Szaleńczym wzrokiem ogarnęłam całe pomieszczenie
i w pierwszym momencie nic nie dostrzegłam. Jednak po chwili coś przykuło moją uwagę. W najbardziej oddalonym kącie, tam gdzie śmiertelne płomienie jeszcze nie doszły, stał chłopak. Wiedziałam kim jest. To był Connor, mój Connor. Teraz już wiedziałam, kto kazał mi to oglądać. Teraz na własne oczy zobaczyłam, jak umierała moja pierwsza miłość. Gwałtowny szloch wstrząsnął moim ciałem, z oczu płynęły łzy, których nie próbowałam zatrzymać. Obraz zamazał się.
Connor stał twarzą do ognia. Jego biała koszula była szara i podarta. Z wielu ran na rękach ciekła krew. Na twarzy miał wiele siniaków, lewa brew była rozcięta, a spodnie nosiły ślady płomieni. Nie mogłam na niego patrzeć. Z każdą sekundą płomienie ognia, jak oślizgłe śmiertelne macki, podsuwały się do niego, odcinając ostatnią możliwość ucieczki, a on stał nieruchomo, wiedząc, że nie ma dla niego już żadnej szansy na ratunek.
W mojej pamięci odżyły wspomnienia. Wracało wszystko, co razem przeżyliśmy - pierwsze pocałunki, pierwsze wyznanie miłości… Nie mogłam dłużej na to patrzeć, ale nie potrafiłam oderwać wzroku od tego straszliwego obrazu. Connor cofnął się, dając sobie jeszcze trochę czasu. Popatrzył na mnie
i wyszeptał: „Kocham cię i nigdy o tobie nie zapomnę”. Zadławiłam się łzami i nie mogłam wydusić z siebie głosu. Języki ognia dopadły ofiarę i ślizgały się po ciele Connora, a ja chciałam wierzyć, że on nie czuje już bólu. Straszliwy obraz powoli znikał. Błyszczące punkciki traciły swój blask. W ogarniającej mnie ciemności czułam czyjąś obecność. - Dlaczego kazałeś mi to obejrzeć? – spytałam. W odpowiedzi poczułam, jak miłe ciepło ogarnia moje ciało.
Z krzykiem obudziłam się w bujanym fotelu, wśród szarych ścian pokoju na poddaszu. Koszmar sprawił, że serce w mojej piersi biło jak szalone. Wstałam i podeszłam do okna, aby odpędzić zły sen. Na szybie zauważyłam pojawiające litery, które ułożyły się w napis: „Kocham cię i nigdy o tobie nie zapomnę”. Czyżby to…? Spojrzałam ponownie na szybę, ale liter już nie było.
Znalazłam się w czarnym pokoju. Nie było tu nic, prócz pustki. Żadnych mebli, okien, przebłysków światła. Czułam się jak zwierzę zamknięte w klatce, bez możliwości ucieczki. Straciłam orientację w przestrzeni. Bałam się, nie wiedziałam, gdzie jestem, co to za miejsce. Serce zabiło szybciej, w żyłach popłynęła adrenalina.
– Ha! Ha! Ha! – usłyszałam wredny, piskliwy śmiech. Nie miałam pojęcia, skąd pochodzi. Szaleńczym wzrokiem omiotłam wszystko dookoła, ale w ciemności nikogo nie zobaczyłam.
– Kim jesteś? Gdzie się ukryłeś? – spytałam matowym głosem, w którym dało się słyszeć nutę strachu.
– Jestem… Hm… Czym ja jestem? Jestem tym, czego nie zobaczysz, tym co możesz tylko słyszeć, jestem tym, co zna całą ciebie, tym co obserwowało całe twoje życie. Wiem o tobie wszystko, znam każdą twoją tajemnicę. – odparł głos. Poczułam na ciele gęsią skórkę, a policzki pokrył rumieniec wstydu. Fakt, że ktoś mógł widzieć wszystko to, co robiłam przez siedemnaście lat życia, sprawił, że nie wiedziałam, co mam powiedzieć, jak się zachować. Milczałam z opuszczonymi bezradnie rękoma.
– Gdzie ja jestem? – spytałam.
– Jesteś w moim świecie. – powiedział tajemniczy głos. Nastała długa chwila ciszy.
– A teraz patrz!
Poczułam powiew zimnego, mroźnego wiatru. Zadrżałam. Przede mną pojawiły się setki malutkich błyszczących punkcików. Nie miałam pojęcia, skąd się one wzięły, a z każdą sekundą było ich coraz więcej, setki, tysiące… Nagle skupiły się w jednym miejscu. Bijące od nich światło oślepiło mnie, dłonią zakryłam oczy i czekałam, czekałam na coś, co miało się wydarzyć za chwilę, tylko nie wiedziałam, co to będzie. Ciągle przybywało małych, błyszczących punkcików. Spadały z góry, wyłaniały się z wszystkich stron.
– Już możesz odsłonić oczy – powiedział głos. Nie zrobiłam żadnego ruchu. Bałam się tego, co mogę zobaczyć i mocno zacisnęłam powieki.
– Spójrz! – wrzasnął. Po plecach przeleciał mi zimny, nieprzyjemny dreszcz. Otworzyłam oczy.
W powietrzu nadal krążyły małe, błyszczące punkciki. Tłoczyły się, przepychały. Nagle ich jasny blask zgasł.
– Nie!!! – usłyszałam przerażony krzyk jakiejś kobiety. Znałam ten głos, ale nie mogłam sobie przypomnieć, do kogo należy, ani skąd pochodzi. Błyszczące punkciki zatrzymały się, stanęły. Nie wiem kiedy, ani jakim sposobem nastąpiła taka eksplozja barw i głosów, że przez krótką chwilę widziałam tylko biel, a w głowie huczało od natłoku dźwięków.
–Nie!!! – usłyszałam ten sam głos, który przyprawiał mnie o dreszcze, ten sam krzyk, który ranił moje serce.
Nagle poczułam wybuch ogromnego palącego ciepła, które piekło moje ciało. Nozdrza zaatakował smród spalenizny i dymu. Kaszlałam. Zamarłam z przerażenia. Byłam bliska płaczu. Temperatura rosła, a przed moimi oczami pojawił się straszny obraz…
Płonął dom. Wszędzie był ogień. Ludzi stojących na chodnikach ogarnęła panika, a jedna kobieta klęczała. Płakała, krzyczała, by ktoś pomógł, by go wyciągnęli z tej śmiertelnej pułapki. Straż pożarna zjeżdżała się, strażacy wybiegali z wozów i szybko przystępowali do akcji gaszenia pożaru. Z okien domu buchał ogromny, czarny dym. Przybywało coraz więcej gapiów, szeptali. Kilku odważnych mężczyzn błagało, by pozwolono im pomóc. Jednemu z nich łzy płynęły po twarzy, zaczął biec w kierunku ognia. Strażacy zauważyli go, podbiegli i próbowali odciągnąć. Stawiał opór, krzycząc: „Ratujcie go! Ratujcie mojego syna, bo jeśli nie, sam tam wejdę! „Wszystko jest pod kontrolą – uspokajał go jeden ze strażaków – proszę się cofnąć, bo tu jest niebezpiecznie”.
Nie cofnął się. Z dachu domu zaczęły spadać pojedyncze cegły, słychać było głosy walących się ścian, pękającego tynku. Mężczyzna patrzył w to samo okno. Powędrowałam za jego wzrokiem. Na początku nic nie widziałam, tylko płomienie, dym. Obraz zmienił się. Teraz nie widziałam płonącego domu. Widziałam to, co dzieje się za oknem w pokoju…
Wszystko trawił ogień. Meble, firanki, ściany. Szaleńczym wzrokiem ogarnęłam całe pomieszczenie
i w pierwszym momencie nic nie dostrzegłam. Jednak po chwili coś przykuło moją uwagę. W najbardziej oddalonym kącie, tam gdzie śmiertelne płomienie jeszcze nie doszły, stał chłopak. Wiedziałam kim jest. To był Connor, mój Connor. Teraz już wiedziałam, kto kazał mi to oglądać. Teraz na własne oczy zobaczyłam, jak umierała moja pierwsza miłość. Gwałtowny szloch wstrząsnął moim ciałem, z oczu płynęły łzy, których nie próbowałam zatrzymać. Obraz zamazał się.
Connor stał twarzą do ognia. Jego biała koszula była szara i podarta. Z wielu ran na rękach ciekła krew. Na twarzy miał wiele siniaków, lewa brew była rozcięta, a spodnie nosiły ślady płomieni. Nie mogłam na niego patrzeć. Z każdą sekundą płomienie ognia, jak oślizgłe śmiertelne macki, podsuwały się do niego, odcinając ostatnią możliwość ucieczki, a on stał nieruchomo, wiedząc, że nie ma dla niego już żadnej szansy na ratunek.
W mojej pamięci odżyły wspomnienia. Wracało wszystko, co razem przeżyliśmy - pierwsze pocałunki, pierwsze wyznanie miłości… Nie mogłam dłużej na to patrzeć, ale nie potrafiłam oderwać wzroku od tego straszliwego obrazu. Connor cofnął się, dając sobie jeszcze trochę czasu. Popatrzył na mnie
i wyszeptał: „Kocham cię i nigdy o tobie nie zapomnę”. Zadławiłam się łzami i nie mogłam wydusić z siebie głosu. Języki ognia dopadły ofiarę i ślizgały się po ciele Connora, a ja chciałam wierzyć, że on nie czuje już bólu. Straszliwy obraz powoli znikał. Błyszczące punkciki traciły swój blask. W ogarniającej mnie ciemności czułam czyjąś obecność. - Dlaczego kazałeś mi to obejrzeć? – spytałam. W odpowiedzi poczułam, jak miłe ciepło ogarnia moje ciało.
Z krzykiem obudziłam się w bujanym fotelu, wśród szarych ścian pokoju na poddaszu. Koszmar sprawił, że serce w mojej piersi biło jak szalone. Wstałam i podeszłam do okna, aby odpędzić zły sen. Na szybie zauważyłam pojawiające litery, które ułożyły się w napis: „Kocham cię i nigdy o tobie nie zapomnę”. Czyżby to…? Spojrzałam ponownie na szybę, ale liter już nie było.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz