Michał Czujkiewicz: "Wyprawa na ryby"

         W mojej rodzinie wszyscy mężczyźni bardzo lubią łowić ryby. Największym miłośnikiem tego sportu był mój dziadek, tata mojego taty. To on nauczył wędkowania swoich synów, a oni nas, jego wnuków. Wędkarstwo jest pasją mojego taty, wujków i kuzynów. Nawet mój młodszy brat, który ma dopiero sześć lat, dzielnie trzyma już wędkę. 
          Do tradycji mojej rodziny należą wakacyjne pobyty w Dobiegniewie. Jest to malownicze miasteczko, położona na Pojezierzu Drawskim otoczone licznymi jeziorami i lasami. Oprócz plażowania, pływania, jazdy na rowerze, wiele czasu poświęcamy na naszą wspólną pasję- łowienie ryb. Najczęściej na miejsce wędkarskich wypraw wybieramy jezioro Osiek, które znajduje się niedaleko naszego domu. To bardzo duże jezioro rynnowe o powierzchni ponad 6 km2 i maksymalnej głębokości aż 35 metrów, z licznymi zatokami, pomostami i miejscami do biwakowania. Okolica jest bardzo ładna, wokół rozciągają się pasma lasów i pól. Woda jest wyjątkowo czysta, dlatego jezioro stało się ostoją ptactwa wodnego i wielu gatunków ryb. Można w nim łowić szczupaki, okonie, leszcze, płocie oraz węgorze.
          To był piękny piątkowy wieczór na początku lipca. Zaplanowaliśmy nocny połów węgorzy. Na wyprawę zgłosiło się pięciu wędkarzy: ja, tata, mój młodszy brat Kuba, wujek Gabriel i mój starszy kuzyn, Michał. Pracowicie przygotowaliśmy niezbędny sprzęt: wędki gruntowe, przynęty złożone z małych rybek i rosówek, duży podbierak i świetliki – świecące patyczki, sygnalizujące nocne brania ryb. Zaplanowaliśmy także ognisko. W związku z tym zaopatrzyliśmy się w pyszne jedzenie: kiełbaski, ziemniaki, pieczywo, musztardę i napoje.
         Na wybrane wcześniej miejsce dotarliśmy około godziny 19.00. było jeszcze zupełnie widno, słońce dopiero chowało się za drzewami. Temperatura zaczęła spadać i zrobiło się bardzo przyjemnie. Słychać było śpiew ptaków i pluskające się w wodzie ryby. Rozłożyliśmy przyniesiony sprzęt na planie, a następnie wyznaczyliśmy miejsce na ognisko. Urządzanie biwaku zaczęliśmy od nazbierania suchego drzewa potrzebnego do rozpalenia ognia.
        Gdy wszystko było już gotowe, zajęliśmy swoje miejsca i zaczęliśmy obserwować spławiki, które miały wskazać, że do łowiska przypłynęły pierwsze ryby.
         Po kliku chwilach oczekiwania wskaźnik brań zamontowany na żyłce podniósł się do góry,
co oznaczało, że ryba chwyciła przynętę. Pierwszy podbiegłem do wędki i energicznie podniosłem ją do góry. Poczułem ogromny ciężar. Poprosiłem tatę o pomoc, ponieważ spodziewałem się, że to może być duży okaz. Tata jednak nie wziął ode mnie wędki, tylko przygotował podbierak i dopingował mnie , mówiąc, że na pewno sobie poradzę. I tak się stało! Po kilkunastu minutach udało mi się przyciągnąć rybę do brzegu. Okazało się, że to piękny, duży węgorz. Byłem zmęczony, lecz bardzo szczęśliwy.
          Oddałem wędkę mojemu kuzynowi Michałowi, aby odczepił haczyk, ponieważ umie to robić w taki sposób, aby nie skaleczyć ryby. Michał delikatnie wziął węgorza. Nagle ryba otworzyła pysk, a następnie zacisnęła szczęki na wskazującym palcu mojego kuzyna! Michał przerażony, krzyknął do mojego taty: „ Wujku! To nie może być węgorz. To zwierze gryzie!” Wszyscy wybuchnęliśmy śmiechem na widok jego zdziwionej miny.
              Zgodnie z wędkarskim zwyczajem pocałowałem moją rybę i wypuściłem ją do jeziora.
        W doskonałych nastrojach rozpaliliśmy ognisko. Rozmawiając, piekliśmy kiełbaski i ziemniaki, które później zjedliśmy z wielkim apetytem.
          Około północy zaczęła zmieniać się pogoda. Powiewał wiatr, na rozgwieżdżonym niebie pojawiły się chmury. Spadły pierwsze krople deszczu. Założyliśmy sztormiaki, licząc, że przeczekamy deszcz, ale małe krople zmieniły się w potężną ulewę. Tata zdecydował, że ja i Kuba jak najszybciej powinniśmy znaleźć się w domu. Poprosił Michała, aby odwiózł nas swoim, zaparkowanym obok biwaku, skuterem. Jechaliśmy polną drogą, było bardzo ciemno i padał ulewny deszcz. W ostatniej chwili dostrzegliśmy przechodzące tuż obok nas stado dzików. Ja i Kuba bardzo się przestraszyliśmy. Na szczęście Michał jest strażakiem – ochotnikiem i doskonale wiedział, co robić w takiej sytuacji. Zatrzymał skuter, zgasił światło i poprosił nas o ciszę. Spokojnie poczekaliśmy, aż zwierzęta przejdą na drugą stronę drogi. Mimo, że dziki w ogóle nie zwróciły na nas uwagi, było to ogromne przeżycie.
          Pełni wrażeń dotarliśmy do domu. Zanim zasnęliśmy, zdążyliśmy jeszcze opowiedzieć mamie o naszych przygodach.
         Rano okazało się, że tata i wujek wrócili dopiero o świcie, ponieważ tej nocy wędkowanie było bardzo udane i szkoda im było opuszczać jezioro. Złowili jeszcze dwa węgorze, ale to właśnie mój był największy!
          Bardzo lubię takie wyprawy, zostają po nich miłe wspomnienia i zdjęcia. Po tej, którą opisałem, pozostało coś jeszcze… Był to czerwony ślad na palcu Michała po ugryzieniu… węgorza!


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz